Tajemnica górskiego jeziora

Go to English translation
Ścieżka
Dzień jest lipcowy, gorący, ale na ścieżce jest cień od buków i dębów, i jest dużo chłodniej niż na polach. Zaczyna się robić stromo. Daria poprawia plecak i zwalnia krok. Jej rodzice, Tomasz i Afarin, idą kilka kroków za nią.
— Jak daleko jeszcze? — pyta. Są w drodze już parę godzin, i Daria czuje to w nogach.
— Jakieś siedem kilometrów — odpowiada Tomasz.
— Czyli ile czasu? — drąży Daria z nutą niecierpliwości.
— Zależy, jak szybko będziemy szli — precyzuje Tomasz. Przy prędkości pięciu kilometrów na godzinę, potrwa to około godziny dwadzieścia minut. Ale może to też zająć nam dwie godziny, jak będziemy się wlec.
— Czyli wleczenie się to by było trzy i pół kilometra na godzinę, albo mniej więcej metr na sekundę? — przelicza szybko Daria.
— Dokładnie — potwierdza Tomasz.
— Bez pośpiechu — wtrąca Afarin. — Let’s just enjoy the walk1 — zachęca.
— No dobra, to ciśniemy — zgadza się Daria i kontynuuje marsz ścieżką, która dalej prowadzi stromo pod górę. — Byle do szczytu.
Podążają dalej pod górę, za biało-czerwonymi znakami szlaku. Na ścieżce nie ma innych ludzi, mimo że to środek lata i można by się spodziewać tu jakichś turystów. Nie ma też zwierząt, które pochowały się przed upałem w zakamarkach lasu. Widać jednak odbite w błocie ślady niewielkich kopyt.
— Co za zwierzę tędy szło? — zastanawia się Daria. — Czy to kozica?
— Raczej sarna — zgaduje Tomasz — tutaj na Jurze nie ma kozic, z tego co wiem.
— A gdzie są? — ciekawi się Daria.
— W bardziej wysokich górach, na przykład w Tatrach lub w Pirenejach — precyzuje Tomasz.
— Jak dla mnie to te jurajskie szczyty są wystarczająco wysokie. A widziałeś kozice, jak chodziłeś po Pirenejach? – zagaduje Daria.
— Jasne, całkiem sporo ich tam jest. Jest też … pełno świstaków— sapie Tomasz, bo ścieżka znów wije się stromo pod górę.
— Są niebezpieczne? Czy tylko świszczą?
— Świstaki to takie futerkowe kule, nie ma się co ich obawiać. Są jednak w Pirenejach niedźwiedzie i wilki — dodaje Tomasz. — Ale to inny gatunek sprawił mi najwięcej kłopotu.
— Niby jaki? — chce wiedzieć Daria.
— To długa historia, opowiem … jak dojdziemy na miejsce. — stęka Tomasz. Ogląda się do tyłu, i widzi, że Afarin idzie powolnym, ale równym tempem. Zbliżają się już do szczytu.
— پنج دقیقه استراحت کنیم2 — proponuje Afarin.
— Zgoda. Kto chce jabłko? — zagaduje Tomasz. — Mam trzy. Siadają w cieniu na głazie i zajadają się soczystymi owocami.
— Jeszcze jakieś półtora kilometra do wsi. Będziemy tam za dwadzieścia minut: teraz już tylko z górki — wyjaśnia Tomasz analizując mapę.
— Czy ten niebezpieczny gatunek, o którym mówiłeś, to może komar? — sugeruje Daria. — Słyszałam, że komary są odpowiedzialne za największą liczbę śmierci ze wszystkich zwierząt.
— Haha, masz rację, to bardzo niebezpieczne stworzonka. Ale w wysokich górach nie stanowią zagrożenia, tam jest dla nich za zimno, zwłaszcza w nocy. — wyjaśnia Tomasz. Ruszajmy, pogadamy o tych górskich niebezpieczeństwach, jak dotrzemy na miejsce.
— بریم3 — zgadza się Afarin. Daria wstaje i przeciąga się. Cała trójka wkłada plecaki i rusza szlakiem, który prowadzi teraz łagodnie w dół.
Knajpa
Szlak stopniowo zmienia się w wiejską drogę a potem w asfaltową ulicę. Wzdłuż ulicy rozciągają się wiejskie domostwa i sady. Trójka piechurów zbliża się do skrzyżowania i wchodzi przez bramę na podwórze przed sporym budynkiem. Jest tu schronisko, sklep sportowy i kafejka z szyldem, na którym pisze Knajpa.
— No i jesteśmy na miejscu — stwierdza Tomasz otwierając drzwi do knajpy.
W środku jest kilka stolików, kanapa, ławy, a pod sufitem wiszą kolorowe flagi różnych krajów. Ściany ozdobione są dużymi czarno-białymi zdjęciami z gór. Przy stoliku w kącie kilku wspinaczy popija piwo. Daria rozciąga się na kanapie i zabiera się do studiowania spisu dań. Afarin i Tomasz ściągają plecaki i dołączają do niej. Po chwili pojawia się knajpiarz i przyjmuje zamówienie.
— Dla mnie lemoniada — prosi Daria.
— Dla mnie piwo bezalkoholowe — zamawia Tomasz.
— A dla Pani? — pyta knajpiarz.
Afarin analizuje menu jeszcze przez sekundę i odpowiada — Ja proszę zieloną herbatę. Po kilku minutach już cała trójka sączy swoje napoje. Daria kończy dużą butelkę lemoniady w kilkanaście sekund: zawsze jej się spieszy z napojami, a zwłaszcza w dzień tak upalny jak dzisiaj.
— Mogę jeszcze jedną? — pyta.
— Może poczekaj parę minut, co? — proponuje Tomasz. — Idę załatwić nocleg.
— Ale miałeś opowiedzieć o tym monstrum w Pirenejach — przypomina Daria.
— No niby tak. Wiesz co? Zamiast opowiadać, dam ci przeczytać moje notatki. Tam są wszystkie szczegóły. Co ty na to? — pyta Tomasz.
— Świetnie! — cieszy się Daria. Zawsze ciekawa była, co tam jest napisane w tym prywatnym notesie Tomasza.
Maska
Tomasz wyciąga z plecaka sfatygowany notatnik i wskazuje Darii kilka stron równo zapisanych mniej więcej czytelnym pismem.
— Tutaj opisałem to wydarzenie na świeżo, jeszcze podczas wycieczki. Powodzenia! — podaje Darii notes, i rusza w kierunku lady, gdzie krząta się knajpiarz. Afarin wyciąga własny notatnik i coś w nim zaczyna pisać płynną perską kaligrafią. Daria sadowi się wygodniej na kanapie i po kilku sekundach jest już zagłębiona w opowieści Tomasza.
Z nieba leje się żar. Czuję napiętą i wrażliwą skórę na karku: pewnie krem od słońca nie do końca zadziałał i skóra trochę się spaliła. Droga polna łączy się tu z szosą, a w dali widać już skrzyżowanie i budynki Somportu. To mała miejscowość, w której latem właściwie nic nie ma: zimą jest tu spory ruch z powodu turystów uprawiających sporty zimowe. Docieram do skrzyżowania dwóch szerokich szos. Stoi tam drewniany budynek oznaczony jako Cafeteria y Albergue AYSA. Wokół zaparkowanych jest kilka motocykli i rowerów. Wchodzę przez pomost do środka, gdzie panuje miły chłód. Nie ma tłoku, tylko kilku turystów je obiad. Siadam przy wolnym stoliku i rozglądam się za gniazdkiem do prądu, żeby podładować telefon. Jest jedno przy oknie, oznaczone napisem, że ładowanie kosztuje jedno euro.
Po dwóch dniach marszu w ukropie mam ochotę na jakiś lekki posiłek. Zamawiam sałatkę z tuńczykiem i piwo 0%. Obsługują tutaj trzy osoby: starszy mężczyzna i dwóch młodych dwudziestoparolatków. Jeden z nich ma zeza, sepleni, i jakoś dziwnie się na mnie patrzy. Nie wiem do końca, czy to przez tego zeza, czy może coś ma przeciwko mnie.
Po około dziesięciu minutach z kuchni wychodzi kucharka i stawia sałatkę na ladzie. Starszy kelner pyta zezowatego:
—¿Para quién es?4
—Para el guiri5 — odpowiada zezowaty. Czyli mówi, że dla cudzoziemca, używając trochę lekceważącego słowa na kogoś z północy Europy. Teraz ten kelner jeszcze bardziej mi się wydaje niesympatyczny. Ale sałatka smakuje świetnie, a zimne piwo zmniejsza stopniowo moją gorączkę. Nie prawdziwą gorączkę, ale raczej to poczucie, że ciało mam rozpalone.
Telefon w międzyczasie już się naładował. Dzwonię do rodziny i przez chwilę opowiadam im, gdzie jestem i co robię. Tam na północy też mają upał. Pora już ruszać, bo muszę dotrzeć do ibonu (czyli górskiego jeziora) Escalar przed zmrokiem, a to pewnie jeszcze zajmie ze trzy godziny.
Pakuję telefon, notatnik, okulary i zamykam plecak. Zezowaty kelner rzuca mi kolejne podejrzliwe spojrzenie. Idę do toalety. Napełniam butelkę wodą i zerkam na odbicie w lustrze. Patrzy na mnie facet ze zmierzwionymi włosami i jakąś białą maską na twarzy. Dotykam policzka, i ten w lustrze też. Maska to po prostu zaschnięta warstwa kremu od słońca. To krem specjalnie sformułowany dla dzieci, tak, żeby było widać, która część skóry jest chroniona. Smarowałem się nim cały dzień, i dopiero teraz widzę efekt. Śmieję się pod nosem i mówię do siebie: może ten zezowaty to nie ksenofob, tylko dziwił się tej białej twarzy jak od aktora teatru kabuki. Wrzucam plecak na grzbiet, i zanurzam się w upalnym powietrzu popołudnia.
Rabuś
Idę rozgrzanym asfaltem w kierunku stacji sportów zimowych Astún, która w letnim sezonie jest opuszczoną betonową pustynią. Fale rozpalonego powietrza unoszą się i rozmazują obraz górskich stoków widoczny poza parkingami i budynkami stacji. Opuszczam to miejsce i udaję się w kierunku jeziora, gdzie mam zamiar spędzić noc. Ścieżka prowadzi stromo w górę wzdłuż wąwozu, którego dnem gulgocze się strumyk. Pnę się powoli: moja pirenejska wędrówka trwa dopiero jakieś dwa dni i moje ciało jeszcze nie całkiem przystosowało się do ciężaru plecaka.
Po godzinie napotykam piechura idącego na dół i zagaduję:
– ¿Queda mucho para el lago?6
– Sí, todavía te falta bastante.7
Mijamy się, a odległości powoli, krok po kroku, ubywa. W końcu docieram na miejsce około piątej po południu. Jezioro okolone jest kwiecistymi łąkami świetnymi na biwak. Woda w jeziorze jest chłodna, ale nie lodowata, tak że ściągam przepocone ubrania i z przyjemnością się w niej zanurzam. Wypływam na środek jeziora i obserwuję panoramę okalających jezioro szczytów. Potem płukam koszulkę i rozkładam ją na trawie, żeby wyschła w słabnącym już upale. W płytkiej wodzie przy brzegu widać mnóstwo małych rybek. W pobliskim strumyku spotykam żabę. W dali, na drugim brzegu widzę też kilku osobników naszego gatunku: wygląda to na mały piknik.
Krótko przed ósmą słońce zaczyna chować się za góry. Rozstawiłem już wcześniej namiot, a potem przeszedłem się po okolicy z aparatem i porobiłem trochę zdjęć. Teraz pora na odpoczynek. Wpycham plecak pod tropik, czyli zewnętrzną, wodoodporną warstwę namiotu, a sam wchodzę do sypialni i zamykam ją szczelnie na zamek, żeby nie dostały się do środka owady. Namiot przepuszcza sporo światła i jest w nim jasno aż do zmroku. Czytam przez jakiś czas, a potem, zmęczony długim dniem, zasypiam.
Namiot trzęsie się gwałtownie. Na wpół przytomny, nie rozumiem co się dzieje: czy targa nim tak wichura? Ale nie, nie słychać wiatru, coś, lub ktoś, po prostu szarpie. Słyszę jakieś sfrustrowane parskanie. Po omacku sięgam po latarkę i kieruję światło w kierunku dźwięku. Na tkaninie namiotu odgrywa się teatr cieni. Trudno się zorientować, co tu jest rzeczywistością a co złudzeniem, ale wydaje mi się, że widzę zarys szpiczastych uszu. Targanie ustaje, a dziwne prychanie oddala się. Patrzę na zegarek: jest dwudziesta druga. Rozpinam zamek i kontroluję stan namiotu. Stoi w całości, ale plecak jest na wpół wyciągnięty na zewnątrz, i otwarty. Brakuje plastikowego worka z zapasem jedzenia, który był w środku. Sprawdzam dookoła: worka nie widać. To może być spory problem. Zakładam lampę na czoło i sprawdzam dokładnie okolicę. Ani śladu. Złodziej sprytnie wyszarpnął jedzenie z plecaka, i uciekł z nim nie gubiąc nic po drodze.
Przede mną jakieś pięć dni wędrówki przez całkiem odległe i puste partie Pirenejów: nie ma tam wiosek ani sklepów, w których można by uzupełnić zapasy. Bez jedzenia nie mogę kontynuować wędrówki. Zastanawiam się co robić. Zastanawiam się, czym lub kim był ten cień ze szpiczastymi uszami. Wchodzę z powrotem do namiotu. Teraz każdy podmuch wiatru, każdy bulgot ze strumyka i głos każdego nocnego ptaka mnie niepokoi i nie pozwala zasnąć. W końcu zapadam w płytki sen. Sen jest krótki: w pewnym momencie budzi mnie to samo prychanie i cień tych samych uszu. Robię hałas i trzęsę namiotem: intruz znika. Potem przez długi czas przewracam się z boku na bok, w stanie niespokojnego półsnu, aż do momentu, kiedy promienie wschodzącego słońca zaczynają penetrować wnętrze namiotu.
Tutaj tekst się urywa. Daria odkłada notes. Afarin spogląda na nią pytająco. Zaczynają rozmowę po persku.
— Ale historia — mówi Daria.
— Coś słyszałam o tym ale nie pamiętam dokładnie. Tomasz zgubił prowiant? — pyta Afarin córkę.
— No niezupełnie zgubił. Stracił. Jakiś stwór mu go zabrał z plecaka, który głupio zostawił poza wnętrzem namiotu — odpowiada.
— No to rzeczywiście niezbyt mądre. Chyba Tomasz powinien rozumieć, że to niedobry pomysł — kiwa głową Afarin. — A co to niby był za stwór?
— Tomasz tego nie pisze. Tylko, że widział szpiczaste uszy. — informuje Daria.
— Chyba jakiś elf w takim razie? — zastanawia się Afarin.
— No co ty, elfy to fantazja — oponuje Daria.
— Na nizinach się ich nie spotyka, ale kto wie co może być w wysokich górach — zastanawia się Afarin zachowując kamienną twarz.
— Daj spokój! — śmieje się Daria. Tomasz wraca i mówi, że pokój jest gotowy. Zbierają rzeczy i wspinają się po stromych schodach na piętro do pokoju z trzema wąskimi łóżkami. Daria rzuca swój plecak na to przy oknie i ogłasza: — To moje!
Afarin kładzie się na jednym z pozostałych. Tomasz zostawia plecak na pozostałym.
— Idę trochę poczytać w ogrodzie na hamaku — mówi wskazując na książkę o Kukuczce, którą znalazł w biblioteczce na dole.
— من میرم چرت بزنم8 — mówi Afarin, kładąc się na boku i zamykając oczy.
Daria wyciąga z plecaka tablet i klawiaturę i wraca i idzie z Tomaszem na dół. Daria siada przy stole i przygotowuje tablet.
— O czym będziesz pisać? O naszej wycieczce? — ciekawi się Tomasz.
— Może — odpowiada wymijająco Daria. Woli nie omawiać w tej chwili swoich planów.
— No to powodzenia. Zamów sobie coś jeszcze, jak chcesz — zostawia na stole dwadzieścia złotych i wychodzi z książką do ogrodu.
Daria prosi knajpiarza o następną lemoniadę i o hasło do wifi. Tym razem pije napój wolniej. Jest skupiona na pisaniu. Na ekranie tableta rośnie strumyk słów.
Uczta
Dzień jest upalny i czas największego gorąca spędzamy razem z moim towarzyszem drzemiąc w norze. Jest początek lata i w okolicy zaczyna się pojawiać coraz więcej dwunożnych. Zazwyczaj łatwo ich unikać, bo trzymają się swoich ścieżek i zazwyczaj nie są aktywne po zmierzchu. Chyba się boją ciemności. Większość z nich przybywa tu ścieżką od kamiennego pola. Potem siadają przy wodzie, moczą swoje dwie dolne łapy i robią hałas. Niektóre biegną swoich niestabilnym krokiem wzgórzami na około jeziora. Nie rozumiem zupełnie, po co to robią. Nie wydaje się, by goniły za gryzoniami czy inną zwierzyną. Tak po prostu lecą, marnując siły nie wiadomo na co, jak małe szczeniaczki, chociaż widać, że to osobniki dojrzałe. W każdym razie większość dwunożnych opuszcza okolicę jeziora przed zmrokiem. Schodzą w stronę kamiennego pola, i potem idą jeszcze niżej. Ale nie wszystkie. Niektóre osobniki spędzają noc tutaj, i z tych my mamy czasami niezły pożytek. Tak jest też dzisiaj.
Jest jeszcze jasno, kiedy opuszczam norę po cichu, by nie obudzić dalej śpiącego towarzysza. Sadowię się za kępą krzaków, i obserwuję sytuację na łące. Daleko, po drugiej stronie wody, kilka dwunożnych zbiera różne rzeczy, które tu przyniosły. Ładują to do worów, a wory przyczepiają na plecy. Idą teraz na dół.
Na wzgórzu ponad dwunożnymi stoją dwie kozice. Też obserwują operację z worami. Znam je dobrze, są z okolicy. Po tej stronie wody jest prawie pusto, ale jest tu jeden dwunożny. Kilkanaście kroków od brzegu ustawił swoją norę. Dwunożne, zamiast kopać nory w ziemi jak my, mają nory przenośne, które trzymają w swoich worach. Te nory mają różne rozmiary i kolory, zależnie od osobnika. Czasami dwunożne śpią w nich pojedynczo, czasami w parach, a czasami zmieści się tam całe małe stadko.
Nora ustawiona przez dwunożnego dzisiaj jest niewielka i zielona. On sam zaś człapie po łące z małą czarną skrzynką i obserwuje wodę, kwiaty i inne rzeczy. Skrzynka ma lśniącą ściankę, na której dwunożny może sprawić, żeby pojawiło się odbicie tych rzeczy. Zajmuje się tym aż do zachodu słońca. Potem włazi do nory i już nie wyłazi.
Wychodzę zza krzaków i ruszam na obchód rewiru. Trzeba zostawić znaki, bo mogą się tu przypętać intruzi. A łąka nad jeziorem to świetne miejsce, więc nie chcę go stracić. Lecę lekkim truchtem wzdłuż stóp wzgórzy. Przystaję w kluczowych miejscach i znaczę teren. Potem wspinam się stokiem na szczyt pagórka. Z wysokości widać lśniącą taflę jeziora. Odbija się w niej sierp księżyca. Robi się coraz ciemniej, i opieram się już coraz bardziej na węchu niż na wzroku. Schodzę w stronę wody i obserwuję z dala norę dwunożnego. Nie słychać od niej żadnego dźwięku: czy on już śpi?
Idę ostrożnie i spiralą zbliżam się powoli, stopniowo do zielonej nory. Teraz jest już prawie zupełny mrok. Tylko na niebie błyszczą gwiazdy i księżyc. Z nory zaczyna dobiegać łagodne pochrapywanie. Tak więc zasnął. Podchodzę śmielej. Chcę sprawdzić, co ten osobnik przyniósł. Dwunożni są wszystkożerni, zwykle mają ze sobą wiele różnorakiego jedzenia. Czasami, rzadko, wielkie owoce, dużo większe i bardziej soczyste niż tutejsze jagody. Częściej suche już owoce i różne nietutejsze orzechy. Można też znaleźć przy nich jakąś padlinę, albo dziwne twarde i wonne mleko. To mój ulubiony przysmak. Smakuje jeszcze lepiej od świeżo upolowanej nornicy, no i łatwiej go złapać, bo nie ucieka. A teraz wyraźnie czuję aromat twardego mleka. Mam tylko nadzieję, że dwunożny nie trzyma go w samym środku nory, bo wtedy może być trudno je wydobyć.
Węszę dookoła nory: zapach dochodzi z wora, który dwunożny wsunął pod płachtę ochraniającą wnętrze. Delikatnie ciągnę za brzegi wora i po kilku minutach udaje mi się poszerzyć otwór. W środku jest mniejszy, bezbarwny jak woda wór, i kuszące zapachy twardego mleka zmieszane z wonią innych przysmaków dochodzą właśnie z niego. Chwytam go delikatnie w zęby i ciągnę, ale otwór jest za mały i nie mogę przysmaków wydobyć. Ciągnę mocniej. Słyszę, że dwunożny zmienia pozycję. Zamieram w bezruchu. Chrapanie się ponawia. Odczekuję jeszcze chwilę, i szarpię gwałtownie. Udało się! Bezbarwny wór z przysmakami jest uwolniony. Biorę go w zęby i oddalam się w kierunku mojej kryjówki za kępą krzaków. W norze dwunożnego rozbłyskuje jasne światło. Wygramolił się teraz na zewnątrz. Na czole ma to miniaturowe słońce, którego dwunożne używają, żeby widzieć w nocy. Chyba ich oczy dobrze nie działają w ciemności. I wydaje mi się, że węchu dobrego też nie mają, bo ich nosy nie są czarne i mokre jak nasze, tylko wyblakłe i suche. Ich uszy też są dziwne: całkiem płaskie i nieruchome. Nie mam pojęcia, jak takimi uszami można słuch nakierować dokładnie na skrobiącą pod ziemią nornicę.
Dwunożny sprawdza swój wór. Widzi, że przysmaki zniknęły. Prostuje się i zaczyna świecić dookoła i chodzić wokół namiotu. To też jest zagadka: czy dwunożne przynoszą nam swoje jedzenie jako prezenty? Mój towarzysz twierdzi, że tak, bo inaczej przecież by je po prostu zjadły. Ja nie jestem pewna. Jak by to były prezenty, to czemu ich nie zostawią w jakimś dla nas bardziej wygodnym miejscu, zamiast trzymać je w swoich worach? Trudno do końca zrozumieć zachowanie dwunożnych, to dziwne stwory.
Idę z przysmakami do naszej nory. Towarzysz wrócił już wcześniej z obchodu. Był po przeciwnej stronie wody, ale tam nic ciekawego nie znalazł. Pokazuję mu przysmaki dwunożnego. Zajadamy się nimi razem. On też lubi twarde mleko, ale jeszcze bardziej smakują mu dziwne orzechy dwunożnych. Po posiłku zastanawiamy się znowu w jakim celu niektóre osobniki dwunożnych tu w ogóle przychodzą spędzać noc i czemu przynoszą tyle jedzenia. Ja zostaję w norze, a mój towarzysz postanawia, że też chce powęszyć wokół nory dwunożnego. Wychodzi na zewnątrz. Światło księżyca tworzy bladą ramkę wokół jego kity i szpiczastych uszu.
Daria stawia ostatnią kropkę i przeciąga się. Zdaje sobie sprawę, że Tomasz już od jakiegoś czasu siedzi przy stoliku koło niej. Wcześniej go nie zauważyła, pochłonięta pisaniem.
— No i jak idzie? — ciekawi się Tomasz.
— Chyba już wiem, kogo spotkałeś nad jeziorem w górach — odpowiada Daria z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.