Krokodyla skóra
Also available in English.
Burza
Tomasz i Daria przyspieszają kroku. Czarne chmury, które pojawiły się na wschodnim horyzoncie kwadrans temu, ogarnęły już większą część nieba. Słońce jeszcze oświetla od zachodu snopy siana stojące na polach, ale zebrał się wiatr i chyba będzie burza. Jest gorąco i parno, jak zwykle w okolicach Lisiej Góry na początku sierpnia. Asfaltowa wiejska droga zmienia się w piaszczystą ścieżkę i prowadzi teraz brzegiem lasu.
— Zobacz, tam w polu — Daria wskazuje na koziołka i dwie sarny pasące się na łące.
— No, dobry masz wzrok — chwali Tomasz. Ojciec i córka zatrzymują się i patrzą na zwierzęta, jeszcze nieświadome ludzi, bo zajęte skubaniem trawy. Gdyby spojrzały na zachód w stronę pary na ścieżce, chyba by i tak ich nie spostrzegły, bo oślepiło by je stojące nisko słońce. Tomasz powoli sięga do plecaka po aparat z teleobiektywem i celuje w stadko. Komponuje kadr przez wizjer aparatu i pstryka szybką serię fotek.
— Złapałeś je? — pyta Daria.
— Jasne, całą rodzinkę mam — potwierdza Tomasz.
— Pokaż — prosi córka.
Tomasz włącza podgląd zdjęcia na tylnym ekranie aparatu i kieruje go w stronę Darii. Na fotce koziołek patrzy przed siebie, prezentując okazałe poroże, a samice skubią żółknącą trawę. Nad sielską sceną wiszą niespójnie czarne chmury.
— Całkiem niezłe — przyznaje Daria. Zdjęcie jej się podoba, chociaż zwykle trochę ją nudzi to Tomaszowe fotograficzne hobby. Ją bardziej interesują słowa niż obrazki.
— Ale chyba wolałbyś złapać na zdjęciu jakieś bociany albo żurawie niż te sarny, co? — sugeruje Daria. Wie, że Tomasz jest fanatykiem ptaków.
— Wczoraj wczesnym ranem na spacerze fotograficznym udało mi się umieścić dwa żurawie i sarnę w tym samym kadrze — odpowiada Tomasz.
— Pokaż — prosi Daria.
— Potem. Teraz lepiej ruszajmy dalej, bo złapie nas deszcz — proponuje Tomasz i chowa aparat.
Ojciec i córka szybkim krokiem kierują się na północ, w kierunku Lisiej Góry. Wiatr plącze długie jasnobrązowe włosy Darii. Wilgoć w powietrzu kondensuje się i przechodzi w mżawkę. Słońce schowało się teraz za chmurami, i nagle zrobiło się całkiem mroczno. Z głębi lasu słychać rosnący szelest liści i przeciągłe szczekanie.
— Złowieszcze to szczekanie — wzdryga się Daria — Może to Cerber?
— Raczej jest to taki samiec sarny, jak ten kozioł, co go właśnie spotkaliśmy. Z pojedynczą tylko głową. — żartuje Tomasz.
— To sarny też szczekają? — dziwi się dziewczyna.
— Jak najbardziej, zawsze ich szczekanie tu słychać, a zwłaszcza wcześnie rano lub pod wieczór. — odpowiada Tomasz. — Jak byłem w twoim wieku, to też myślałem, że to jakieś psy tak szczekają. Ale mój dziadek, czyli twój pradziadek, chyba pamiętasz, nazywał się Tadek? No więc on znał się na leśnej przyrodzie i od niego się dowiedziałem jak to z tym jest. Dużo razem chodziliśmy po takim lasku który był niedaleko jego i babci mieszkania w Łabędziowie.
— Co to za Łabędziowo? — zapytuje Daria.
— Przedmieście miasta Gliwice. Było to pierwsze miasto, do którego samodzielnie się wybrałem, jak miałem tyle lat to ty teraz. Chyba znasz tę historię?
— No, nie wydaje mi się — waha się Daria. — Może opowiesz?
— Jasne, ale lepiej nie w tej chwili. Pogoda zaczyna się robić coraz ciekawsza.
Mżawka przechodzi teraz w tnący deszcz, a wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Między dwoma chmurami w oddali śmiga błyskawica. Daria zaczyna liczyć: raz, dwa, trzy, …, jedenaście, dwanaście sekund. Szybko mnoży w głowie prędkość dźwięku, 343 metrów na sekundę, przez dwanaście.
— Piorun trzasnął jakieś cztery kilometry stąd — wyjaśnia.
— No proszę, niezła jesteś w arytmetyce — rzecze Tomasz.
— Chyba zdążymy do domu, zanim Zeus całkiem się wścieknie — ma nadzieję Daria.
Obydwoje naciągają kaptury na głowę przed deszczem i maszerują dalej. Dróżka wiedzie dalej brzegiem lasu, ale para skręca w prawo przez pole, wzdłuż rowu irygacyjnego, biorąc skrót w kierunku Lisiej Góry. Po chwili już idą szutrową drogą w kierunku domu dziadków. Znowu błyska, a tym razem grzmot słychać dużo szybciej. Woda ścieka im po twarzach pomimo kapturów. Przeskakują przez rosnące kałuże i nowo powstałe strumienie przecinające drogę. Grzmi teraz już prawie nieustannie. Tomasz bierze Darię za rękę i obydwoje ruszają szybkim truchtem w stronę bramy domu, którą widać kilkadziesiąt metrów dalej. Wbiegają do ogrodu i brodzą przez skąpany w wodzie trawnik do domu.
Ogień
Tomasz otwiera drzwi, i z miejsca uderza ich fala ciepła. Dom rozgrzany jest do temperatury niemal sauny, ale to ich nie dziwi: Jędrzej, dziadek Darii, ma zwyczaj rozpalania sporego ognia w kominku, zwłaszcza w chłodne, deszczowe dnie. Nie lubi przeciągów, i trzyma okna zamknięte, więc w domu panuje wtedy klimat subtropikalny. Teraz właśnie siedzi przy kominku i dokłada do niego szczapy drewna.
— Co, zmoczyło was? — pyta.
— Trochę, ale w tej atmosferze hadesowej zaraz wszystko wyschnie — odpowiada Daria.
— Mówią, że w piekle jest gorąco i grzesznicy się smażą. Ale ja myślę, że jak ma być tam wielkie cierpienie, to musi być raczej zimno — wyjaśnia Jędrzej. — Najgorzej jest marznąć — mówi i dorzuca do ognia następną kłodę drewna.
Daria ściąga mokrą bluzę z kapturem i rzuca ją na podłogę. Tomasz sapie i rozpina koszulę. Jędrzej powiększa dopływ powietrza do pieca, a ogień zaczyna buzować jeszcze żwawiej. Daria zerka na termometr: 28°C. Bywało już gorzej, myśli. Parę dni temu temperatura w salonie z kominkiem doszła do trzydziestu dwóch stopni.
— Gdzie reszta? — pyta.
— Terencja drzemie, a Afarin poszła do drugiej sypialni i chyba ogląda jakiś serial. Obie skarżyły się, że jest im za gorąco — wyjaśnia Jędrzej.
— Ciekawe czemu — mruczy pod nosem Daria.
— Co mówisz? Nie słyszę — narzeka Jędrzej.
— Nic, nic, coś do siebie gadałam. Tomasz, powiedz, co to było z tą wycieczką do Wielbłądowa — prosi.
— Do Łabędziowa — poprawia ojciec.
— To ty jeszcze nie znasz tej historii? — dziwi się dziadek. — Chyba ci Tomek nie opowiadał, żebyś sama takiego pomysłu nie zrealizowała.
— No dobra, ale o co z tym w ogóle chodziło? — niecierpliwi się Daria.
— No niech będzie, siadaj i czekaj chwilę, to ci opowiem — przystaje Tomasz, a potem idzie do kuchni i robi herbatę. Daria ściąga leginsy i zostaje w samych majtkach i koszulce. Jędrzej dorzuca szczapę do ognia, wciska się głębiej w fotel, i opatula się kocem. Tomasz stawia czajniczek z herbatą na stole, a dookoła niego małe szklaneczki.
— No i? — ponagla Daria. Tomasz z namaszczeniem opatula czajniczek wełnianą serwetką i patrzy z roztargnieniem na tę martwą naturę, którą ustawił na stole.
— Myślisz, że jak będziesz się na czajnik gapił, to herbata szybciej się zaparzy? — szydzi Daria.
Do salonu wchodzi roznegliżowana Terencja i ziewa.
— Dla mnie też jest herbata? — pyta.
— Co ma nie być — mruczy Tomasz, i rozlewa bursztynowy płyn do szklaneczek. Terencja bierze jedną i siada na krześle z dala od buzującego ognia.
W tym momencie wchodzi Afarin i mówi z lekkim perskim akcentem — Fajnie, herbata. Bierze drugą szklaneczkę i szybko oddala się od kominka. Dmucha na parującą herbatę stojąc przy drzwiach. Tomasz podaje szklaneczkę Jędrzejowi, który walczy z kocem, aby po nią sięgnąć.
— Jak możecie pić ten piekielny napój w takim upale — dziwi się Daria. — Tomaszu Gramoło, jak już skończyłeś z tą ceremonią, to może w końcu raczysz opowiedzieć tę sławną historię o wycieczce do Wielbłądowic?
— Nie do Wielbłądowic tylko do Łabędziowa — poprawia ojciec.
— Wielbłądy czy łabędzie, jeden pies. Czy to za tymi łabędziami tam się wybrałeś? — pyta córka.
— Haha, nie pamiętam. Może bardziej za sarnami, albo za czołgami. W każdym razie było to tak.
Krokodyl
— Miałem wtedy całkiem dokładnie tyle lat to ty masz teraz, czyli dziewięć. Wiem to, bo w tamtych czasach większość dzieci w Polsce w tym właśnie wieku szło do tak zwanej pierwszej komunii, i ja też szedłem. To była taka kościelna impreza, podczas której dzieciaki się uroczyście ubierały: chłopaki w garniturek a dziewczyny w białą falbankową sukienkę, i w tych ubrankach maszerowały z dużymi świecami przez nawę kościoła, coś śpiewały, no i było to dosyć skomplikowane i trzeba było to ćwiczyć przez parę tygodni.
— Czyli coś w rodzaju Panatenajów, z procesjami, wyścigami rydwanów i darami dla bogów? — dopytuje Daria.
— No właśnie, coś w tym rodzaju, ale tylko z jednym bogiem. Albo maksimum z trzema, zależnie od tego, jak traktować chrześcijańską trójcę — precyzuje Tomasz.
— Tylko jeden bóg to brzmi trochę nudnie, no a poza tym ja nie lubię kościołów — dodaje Daria.
— Niektóre kościoły i katedry są piękne, no ale mniejsza z tym. Chodzi tylko o to, że w tamtych czasach było trudno cokolwiek kupić, łącznie z ubraniami dla dzieci. Ja wtedy potrzebowałem eleganckich butów do tej komunii, i Terencja w tym czasie szukała ich po sklepach.
— No nie, to ja załatwiałem te buty a nie Terencja — protestuje Jędrzej i sięga po następną szczapę drewna. — Znalazłem ładne, czarne, z prawdziwej skóry.
— Dobra, tych butów tak prawdę mówiąc nie pamiętam, ale za to pamiętam, że miałem taką ciemnozieloną saszetkę — kontynuuje Tomasz.
— Co za saszetka? Torebka papierowa z proszkiem czy co? — dziwi się Daria sapiąc i ocierając pot z czoła.
— Nie, chodzi tu o taką torebkę na pieniądze, klucze, dokumenty i tak dalej. Miała taki pasek na nadgarstek. Była z zielonej imitacji skóry krokodyla i byłem z niej całkiem dumny.
— No mi się wydaje, że to była prawdziwa krokodylowa skóra, a nie imitacja — wtrąca Terencja pociągając następny łyk herbaty.
— A ja mam nadzieję, że nie, bo szkoda by było krokodyla — protestuje Daria.
— Krokodyl? Nic nie rozumiem — skarży się Afarin.
— You heard this story a few times already, it’s about this fun trip I did when I was nine — wyjaśnia Tomasz. — The crocodile leather wrist bag is where I kept my money and keys, and my pocket knife.
— Dobra, teraz jasne — Afarin przechodzi na polski.
— Tak samo jak ty, w niektóre dni kończyłem szkołę wcześnie, koło południa — kontynuuje Tomasz. — Terencja pracowała wtedy w małej osiedlowej bibliotece i zazwyczaj po szkole tam szedłem i szperałem w książkach.
— Fajnie by było, jakbyś ty też pracował w bibliotece, albo w księgarni — fantazjuje Daria. — Miałabym tyle książek do czytania.
— Ale tego dnia była ładna słoneczna pogoda, więc nie chciało mi się siedzieć wśród zakurzonych tomów; miałem ochotę na trochę przygody. Pomyślałem, że dawna już nie widziałem się z dziadkiem Tadkiem i babcią Haliną. Mieszkali w Łabędziowie, około półtorej godziny komunikacją miejską od naszego osiedla pod Bytomiem. Pomyślałem, że złożę im małą wizytę, i będę z powrotem w domu przed wieczorem. Włożyłem scyzoryk i trochę pieniędzy do saszetki, a okulary słoneczne na nos, i z saszetką stylowo wiszącą na nadgarstku ruszyłem na przystanek tramwaju, który jechał do centrum miasta.
— Ja bym chyba zabrała plecak, i wzięła butelkę wody, i rogalika albo mafinka, a nie tylko jakąś saszetkę — krytykuje córka. — A zegarek chociaż miałeś?
— Miałem elektroniczny japoński zegarek, ale bez wiadomości i bez GPS-u, bo GPS to chyba wtedy nie istniał. Za to oprócz godziny miał też kalkulatorek. — precyzuje Tomasz. — W tym wieku to już wiedziałem dobrze jak dojechać do centrum, więc z tym nie było problemu. Złapałem tramwaj dziewiątkę i po kwadransie jazdy już byłem w centrum miasta na dworcu autobusowym. — snuje opowieść Tomasz.
— A ludzie się nie dziwili, że dzieciak sam jeździ tramwajem? — zagaduje Daria.
— Nie za bardzo, wtedy było dużo więcej dzieci i dorośli się nami tak nie przejmowali jak teraz. No ale na dworcu autobusowym spotkałem sąsiada, który zapytał co tam sam robię. Wytłumaczyłem, że jadę do dziadka, a on poradził mi jakim autobusem dojadę do Gliwic.
— No to miły sąsiad — chwali Daria.
Alarm
Opowiadanie przerywa przenikliwy pisk dochodzący z małego pudełka stojącego na półce pod ścianą. Tomasz bierze piszczące plastikowe urządzenie i podaje je Jędrzejowi.
— Co z tym badziewiem? — pyta lekko zirytowany.
— To czujnik tlenku węgla. Może bateria ma niski poziom? — hipotetyzuje Jędrzej. Ogląda pudełko z każdej strony, potrząsa nim, ale pisk nie ustaje. Czerwona dioda mruga zacięcie.
— Pokaż — Tomasz bierze pudełko i wychodzi z nim na zewnątrz. Pisk ustaje. Wraca do przegrzanego salonu i mówi:
— Przestało — ale w tym momencie pudełko znów zaczyna piszczeć.
— Może tu naprawdę jest za duży poziom tlenku węgla? — zastanawia się Daria?
— Problem? — pyta Afarin.
— Może — zgadza się Jędrzej i zaczyna badać piecyk.
— Lepiej zgaś ten ogień i wychodźmy na zewnątrz, bo się otrujemy — proponuje Tomasz.
Jędrzej zajmuje się gaszeniem ognia, a Tomasz tłumaczy Afarin, o co chodzi, podaje wszystkim płaszcze i peleryny, i wyprowadza rodzinę do ogrodu. W międzyczasie deszcz zelżał, przeszedł w leciutką mżawkę, większość chmur się rozeszła, a ostatnie promienie zachodzącego słońca wymalowały na zachodnim niebie półkole tęczy. Jędrzej dołącza do grupy na trawniku i mówi:
— Kominek zgaszony. Zostawiłem okna otwarte. Trzeba poczekać, aż się wywietrzy.
— Co za problem z tym piecykiem był? — ciekawi się Daria.
Jędrzej i Tomasz zaczynają dyskutować na temat różnych teorii związanych z piecykiem i kominem. Pisk czujnika dalej słabo dochodzi z domu. Trzeba zostać w ogrodzie, aż przestanie, więc kobiety z Darią zostawiają rozprawiających mężczyzn i wychodzą na polną drogę poza ogród, by lepiej przyjrzeć się tęczy wiszącej nad lasem.
Croissant
Daria i Tomasz wychodzą z hotelu Maltańskiego, przechodzą przez ulicę, i kierują się w stronę krakowskiego rynku. Jest niedziela, jeszcze dosyć wcześnie. Afarin, Jędrzej i Terencja odsypiają wczorajszą wieczorną eksplorację Kazimierza. Na Plantach nie ma dużo ludzi. Jakaś pani prowadzi na smyczy strasznie długiego jamnika.
— Poćwiczmy hiszpański — proponuje Daria. Zna już dobrze kilka języków, ale w hiszpańskim jest na razie na poziomie początkującym.
— Perrito salchicha? — zaczyna Tomasz.
— Piesek salceson? — zgaduje Daria.
— No prawie. Tak się mówi na jamniki, takie jak ten, co go właśnie minęliśmy — wyjaśnia Tomasz. — Cielo? — kontynuuje.
— Niebo — odpowiada Daria.
— Arcoiris? — Tomasz wybiera trudniejsze słowo.
— Tęcza — Daria nie ma z nim trudności.
— Corzo — Tomasz przechodzi na wyższy poziom.
— Jeleń? — waha się dziewczyna. — Czy może sarna?
— Sarna. Jeleń to jest ciervo — precyzuje Tomasz.
— Dobra, daj już spokój z tymi leśnymi stworami — niecierpliwi się Daria.
Opuszczają Planty i skręcają w ulicę Franciszkańską.
— Leśne stwory to satyry, syleni, driady, nimfy i centaury. A my mówmy o leśnej faunie a nie o rzymskim odpowiedniku satyra — peroruje Tomasz. Daria przewraca oczami na ten żart, ale Tomasz tego nie zauważa.
Skręcają w ulicę Bracką. Personel kafejek krząta się otwierając lokale i witając pierwszych klientów.
— Jak się mówi po hiszpańsku kafejka? — ciekawi się Daria.
— Właściwie to kafejki, które serwują tylko kawę, są rzadkie w Hiszpanii — przypomina Tomasz. — Większość lokali pełni funkcję zarówno kawiarni jak i baru, i nazywa się je bar. — Chocolate caliente? — kontynuuje naukę.
— Gorąca czekolada — tłumaczy na polski dziewczyna. — Właśnie to zamówię na śniadanie. A do tego rogalik. — planuje.
Wychodzą na rynek. Kierują się w stronę pomnika Adama Mickiewicza. Kilku turystów siedzi już na schodach pomnika i pstryka selfi. Gołębie ospale zlatują z głowy poety na ziemię i snują się po placu wydłubując ziarna i kruszyny spomiędzy kostek brukowych. Za pomnikiem, na północno-wschodniej części placu, dorożkarze zaczynają dzień pracy poprawiając uprząż koni. Daria i Tomasz mijają ich i wchodzą do pijalni czekolady Wedel. Wybierają stolik w głębi kawiarni, przy ścianie z portretami rodziny Wedlów. Mają lokal dla siebie, bo innych klientów jeszcze tu nie ma. Kelner przynosi stosy kart menu, a Daria i Tomasz szukają w nich ulubionych elementów śniadania.
— Nie wiem, czy chcę kawę czy czekoladę — zastanawia się Tomasz.
— Czemu nie jedno i drugie? — proponuje Daria, która jest maksymalistką, jeśli chodzi o kawiarniane przysmaki.
— Zacznę od kawy a potem zobaczymy — postanawia Tomasz. — Proszę espresso i rogalik — zwraca się do kelnera, który właśnie pojawił się z powrotem przy stoliku.
— Czy chodzi panu o croissant? — poprawia pedantycznie kelner. Daria parska tłumionym śmiechem.
— Czy ma pan może chocolate con churros? — pyta niewinnie.
— Że jak? Czoko co? — nie rozumie kelner.
— Jak pan nie rozumie to pewnie pan tego nie ma. No ale nie szkodzi: to ja w takim razie poproszę o dużą lekko gorzką gorącą czekoladę i do tego też mały croissant — to ostatnie słowo wymawia z przesadzonym francuskim akcentem. Merci beaucoup!— dodaje.
Kelner spogląda na parę niepewnie, ale posłusznie notuje zamówienie na swoim gadżecie, i oddala się od stolika. Daria dalej studiuje różne wersje gorącej i zimnej czekolada kwieciście opisane w karcie. Po kilku minutach kelner pojawia się z powrotem z gotowym zamówieniem. Daria zanurza róg rogalika w filiżance z czekoladą. Tomasz bierze mały łyk kawy.
Portret
Do kawiarni wchodzi kobieta z dziewczyną w wieku Darii. Rozglądają się po sali i zbliżają się do ściany z portretami. Komentują te obrazy po ukraińsku. Kobieta wyciąga telefon i zwraca się do pary:
— Możecie zrobić nam zdjęcie z tymi dekoracjami? — wyciąga telefon w ich stronę.
— Jasne — odpowiada Daria. Bierze telefon i starannie kadruje kobietę i dziewczynę tak, by było w tle widać portrety. Pstryka trzy różne fotki, i pokazuje je Ukrainkom na ekranie.
— Ładna kawiarnia — mówi mała.
— Moja ulubiona — potwierdza Daria. — Jesteście z Ukrainy? — ciekawi się.
— Tak, z Odessy — odpowiada kobieta.
— Mówiąc o ulubionych, to Artem Kotenko jest jednym z moich ulubionych piosenkarzy — informuje Daria.
— Serio? Ja też go bardzo lubię — cieszy się dziewczyna. — Dzięki za zdjęcie!
Ukrainki siadają przy sąsiednim stoliku i zagłębiają się w lekturze menu. Tomasz patrzy zadumany na portrety mężczyzn w staromodnych ubraniach i mówi:
— Ten środkowy, Emil, trochę mi przypomina mojego dziadka Tadka. Też miał bardzo białe włosy i ciemnobrązowe, niemal czarne oczy. Tylko brody i wąsów nie nosił. No i zajmował się wytapianiem metali, a nie topieniem czekolady. — dodaje z uśmieszkiem.
Daria znów przewraca oczami, tym razem o całe 360°, ale coś ją zaciekawiło:
— Nie skończyłeś tej historii o odwiedzinach u dziadka, co ją zacząłeś na Lisiej górze. Co dalej było? — pyta.
— A na czym stanęliśmy?
— Na tym, że sąsiad ci poradził, jak jechać czy coś. — przypomina Daria i wkłada do ust następny kawałek unurzanego w czekoladzie croissanta.
— No tak, złapałem autobus z Bytomia do Gliwic, i po jakiejś pół godzinie już tam byłem, ale to nie był jeszcze koniec drogi. Łabędziowo jest za miastem, koło sporego lasku, i trzeba było jechać następny autobusem. — opowiada Tomasz kończąc kawę, i kontynuuje — Z tego co pamiętam jakoś sobie dałem z tym radę, odcyfrowując harmonogramy i pytając ludzi. Tak że wczesnym popołudniem zadzwoniłem do drzwi mieszkania dziadków. Tadek otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. „Rodzice na dole?” zapytał. Ja wyjaśniłem, że przyjechałem sam, ale przyjął to za żart. Wyjaśnił, że babcia jest na pielgrzymce i że jest w domu sam.
— Na pielgrzymce? To znaczy szła na piechotę do Santiago de Compostela? — zgaduje Daria.
— Coś w tym stylu, ale wątpię, żeby szła gdzieś na piechotę. Może jechała autobusem zobaczyć papieża, albo jakieś święte miejsce — hipotetyzuje Tomasz. — Tak czy siak, nie było jej w domu i spędziliśmy popołudnie ja sam z dziadkiem. Wiesz, pamięć jest dziwna. Było to tak dawno i tyle razy już to opowiadałem, że tak do końca nie jestem pewny co dokładnie wtedy robiliśmy. Wydaje mi się, że poszliśmy na spacer do lasu, ale możliwe, że to fałszywa pamięć, która powstała wskutek tego, że podczas innych wizyt bardzo często to robiliśmy. Tadek był wielkim amatorem lasu.
— No to trochę jak ty. Też lubisz lasy i góry — przypomina Daria.
— No fakt. To, że podczas jednego takiego spacery po lesie z Tadkiem spotkałem po raz pierwszy sarny, to pamiętam całkiem dobrze, mimo że musiałem wtedy mieć ledwie jakieś cztery lata. Pobiegłem za nimi, żeby obejrzeć je z bliska ale oczywiście były szybsze ode mnie. No i pamiętam też czołgi. — dodaje Tomasz.
— Jakie czołgi? Czy wtedy była wojna? Taki stary chyba nie jesteś? — dziwi się Daria.
— Nie było wojny, ale była tam fabryka czołgów, i testowano je w tym lesie na takiej rozjechanej polnej drodze, co się nazywała droga czołgowa — tłumaczy Tomasz.
— Oryginalna nazwa — drwi Daria czyszcząc palcem filiżankę z reszty czekolady. — Ale co z tą wizytą?
— Tak jak mówiłem, chyba nic szczególnego. Dziadek chyba do końca oczekiwał, że się pojawią Jędrzej i Terencja, nawet jak powiedziałem, że muszę złapać autobus, by wrócić do domu przed zmrokiem. Nie wiem co mu szło przez głowę, ale nie zatrzymał mnie. Tak że pożegnaliśmy się na przystanku, a ja pojechałem z powrotem.
— I co, dojechałeś czy musiałeś noc spędzić gdzieś w polach? — ciekawi się Daria i oblizuje do czysta czekoladowy palec.
— Następna scena, jaką pamiętam, to że idę wzdłuż torów tramwajowych gdzieś pod Zabrzem. To miasto leży pomiędzy Gliwicami a Bytomiem, więc podróż szła w dobrym kierunku, ale zrobiło się późno i mniej już było połączeń. Zobaczyłem, że zbliża się tramwaj jadący do Bytomia, i zamachałem na niego, jakbym robił autostop na drodze samochodowej. Było to trochę z desperacji, nie myślałem, że się naprawdę zatrzyma, ale jednak się zatrzymał. Chyba przez mój młody wiek? — duma Tomasz przyklejając kruszyny rogalika na palec i przenosząc je do ust.
— Autostop tramwajowy, świetnie. Może tym sposobem złapiemy tramwaj na Kazimierz? — proponuje dziewczyna.
— Tramwaj dowiózł mnie w pobliże osiedla, i w końcu już o zmierzchu zjawiłem się w domu. Myślałem, że będzie awantura, ale było zamiast niej uroczyste powitanie! Okazało się, że Terencja dowiedziała się od sąsiada (tego z dworca autobusowego), gdzie się wybrałem, dodzwoniła się jakoś do Tadka, który wyjaśnił, że wnuczek pojechał z powrotem do domu. Oczywiście wściekła się na niego, że mnie puścił, no ale co on miał robić? Tadek muchy by nie skrzywdził, a co dopiero wnuka by miał więzić. — usprawiedliwia dziadka Tomasz, a Daria znowu zerka na menu.
— W każdym razie Terencja, Jędrzej, sąsiad i jego żona, wszyscy razem tam siedzieli i się zastanawiali co dalej robić, a Jędrzej rozpaczał, że nowe buty znalazł na próżno. Więc jak się w końcu znalazłem, było wielkie świętowanie. I oczywiście musiałem przymierzać zaraz te buty.
— To ostatnie to chyba zmyśliłeś? — zgaduje Daria.
— No co ty, to święta prawda! — protestuje Tomasz.
W tym momencie w kawiarni pojawiają się Afarin, Terencja i Jędrzej, jeszcze zaspani. Afarin ściska córkę, a Terencja i Jędrzej gramolą się do krzeseł.
— Czy wy na serio kazaliście Tomaszowi zaraz przymierzać buty, jak wrócił ledwo żywy z podróży do Łabędowic? — domaga się odpowiedzi Daria.
— Jakie buty, o co chodzi? — nic nie kojarzy Terencja.
— No buty na pierwsze Panateneje — niecierpliwi się Daria. — Takie z krokodylej skóry!
— Krokodyl? Nic nie rozumiem — skarży się Afarin.
— My też nie — wyjaśnia Terencja. Jędrzej tylko potrząsa głową, zupełnie zdezorientowany.